Wybory w Polsce mogły zostać sfałszowane – przekonuje europoseł Prawa i Sprawiedliwości Janusz Wojciechowski. A na poparcie swojej tezy przedstawia interesujące dane.
Polityk zasugerował na swoim blogu, że członkowie komisji wyborczych mogli bezprawnie unieważniać głosy. Aby PiS nie otrzymał spodziewanego wyniku, mogli podmieniać karty do głosowania. Według Wojciechowskiego mogli np. zamieniać karty z krzyżykiem postawionym przy kandydacie PiS na kartę czystą. W ten sposób zyskiwałby PSL, który chce utrzymać władzę w samorządach.
Z politykiem polemizował dr Jarosław Flis, który – swoim tekstem – dał kolejne argumenty Wojciechowskiemu. „Jarosław Flis szczęśliwym zbiegiem okoliczności stał się posiadaczem danych, którymi ja nie dysponowałem - dostał jakiś plik z danymi PKW i poznał strukturę głosów nieważnych. Jest tam podobno 72 procent kartek czystych i 28 procent źle skreślonych. Nie wiem skąd te dane, bowiem komisje wyborcze głosy nieważne liczą razem, bez wyszczególniania przyczyn nieważności. Rozumiem, ze ktoś rozpakował worki z głosami nieważnymi i policzył. Ale mniejsza o okoliczności - przyjmijmy, ze tak jest, że 28 procent to głosy źle skreślone. 28 procent z 1.744 tys. głosów nieważnych to jest około pół miliona głosów źle skreślonych. Te pół miliona też mogło zasadniczo zmienić wyniki wyborów. Mogło zaniżyć wynik PiS dokładnie o 4 punkty procentowe, dokładnie tyle, ile ubyło w stosunku do wyników sondażu TNS OBOP” – napisał na swoim blogu polityk.
Ale, żeby nie było wątpliwości, polityk nie twierdzi, że za fałszerstwami stoi jakaś konkretne struktura, a wskazuje raczej na gminne układy, które mogły skłonić część lokalnych działaczy do fałszowania wyników. „Piszecie też, że fałszerstwa są niemożliwe, bo w komisjach wyborczych sa przedstawiciele różnych opcji. Moi drodzy, to wy nie znacie takich gmin, które ja znam, gdzie nie ma żadnej opcji, jest tylko opcja wójta. Ktoś chciał w takiej gminie zorganizować spotkanie z europosłem z PiS-u, ale w ostatnim dniu musiał je odwołać, bo wójt go sponiewierał. Europoseł nawet nie protestował, żeby niefortunnego organizatora nie narazić na dalsze szykany. Ale wójt wielki w swojej gminie, jest "mały, tyci, malusieńki" wobec marszałka województwa. Unijne pieniądze nie są w Brukseli ani w Warszawie. Dla wójta one są w województwie i siedzi na nich marszałek, a nawet kilku marszałków. Im wójt musi się kłaniać, jak Broniewski rosyjskiej rewolucji - czapką do ziemi, po polsku” – podkreśla Wojciechowski.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.