"Rzeczpospolita" pisała wczoraj o tym, że po cichu Niemcy zabierają nam Kopernika. Globalny monitoring środowiska i bezpieczeństwa GMES zamiast Copernicus, będzie się nazywał Kopernikus. Jeśli Niemcy chcą wojny, to będą ją mieli. My też możemy im "podebrać" conajmniej dwóch uczonych.

Günter Verheugen, unijny komisarz zdecydował się zmienić nazwę owego monitoringu na wersję niemiecką: Kopernikus. Argumentował m.in., że uczony urodził się na terenie Prus w rodzinie niemieckiej. Nie jeden Verheugen tak myśli - na zachód od Odry każde dziecko powie, że to Niemiec "wstrzymał Słońce i ruszył ziemię". Strona polska protestowała twierdząc, że Kopernik był poddanym polskiego króla i od urodzenia do śmierci żył i pracował na terenie Rzeczypospolitej. Ponadto dowodził obroną Olsztyna przed atakiem wojsk krzyżackich! Akurat to żaden argument, bo po to właśnie powstał w 1440 roku Związek Pruski, konfederacja pruskiej szlachty i mieszczaństwa, by pozbyć się restrykcyjnych i nierynkowych braci z krzyżami na płaszczach. Sam Kopernik uważał się za "Toruńczyka" i pisał po łacinie - do dziś nie wiemy jakim językiem posługiwał się na codzień. Ale nawet jeżeli przyjąć kategorię etniczności w określaniu narodowości naukowców, to Niemcy mogą wiele stracić, z czego pewnie nie zdają sobie sprawy.
Dwa przykłady z brzegu to przypadek Paula Nipkowa i Johannesa Georga Bednorza. Ten pierwszy był twórcą tzw. tarczy Nipkowa, urządzenia do mechanicznego wybierania obrazu telewizyjnego, dzięki któremu w latach 20. możliwe było skonstruowanie telewizora. Do dzisiaj Niemcy są dumni ze swojego wynalazcy, który pochodził z pomorskiego Lęborka, miasta pruskiego w chwili urodzin Nipkowa (1860). W biografiach zapominają jednak dodać, że Nipkow pochodził ze znanej rodziny kaszubskich przedsiębiorców. Kaszubom - nawet jeśli niektórzy z nich nie uważają się za Polaków - bardzo daleko do Niemców, bo to słowiańska grupa etniczna, potomkowie bitnych plemion pomorskich. Dziś Lębork szczyci się "swoim" wynalazcą, a Niemcy przemilczają jego słowiańskie korzenie.
Innym przypadkiem jest fizyk Johannes Georg Bednorz. Laureat Nagrody Nobla z 1987 roku za odkrycie nadprzewodnictwa wysokotemperaturowego w tlenkach metali urodził się w Nadrenii-Westfalii, ale jego rodzice byli autochtonami z Górnego Śląska. Mówi o tym sama etymologia nazwiska - ojciec Bednorza znał polski, przed wojną pracował nawet w polskiej szkole jako nauczyciel. Sam Bednorz ma duży sentyment do ziemi swoich przodków, bo z chęcią przyjął cztery lata temu doktorat honoris causa nadany mu przez Uniwersytet Śląski. Oczywiście nikt mu nie odmawia niemieckości, ale i w tym przypadku Niemcy nabierają wody w usta - o pochodzeniu z rodziny polskojęzycznych Ślązaków trudno cokolwiek znaleźć w publikacjach naszych zachodnich sąsiadów.
Niemcy bardzo mocno przywiązani są do kategorii biologicznego pochodzenia - "krwi i rasy", choć bezpośrednio do tego nie chcą się przyznać. Co innego mówią, co innego robią. Strach pomyśleć, co by było gdybyśmy w pełni przejęli ich podejście do etniczności geniuszu; z Rosją trzeba by się pobić o Igora Sikorskiego, konstruktora śmigłowców, bo jego ojciec był Polakiem. Za każdym razem, kiedy ktoś śmiałby napisać o Josephie Conradzie jako angielskim pisarzu, MSZ bambardowałby gazety i instytucje notami proestacyjnymi. Nie po to specjaliści od literatury się trudzili, by znaleźć w "Jądrze Ciemności" czy "Lordzie Jimie" echa staropolskich gawęd staroszlacheckich, nie po to Józef Korzeniowski nazwany został "Słowackim Wysp Tropikalnych"!
Rafał Geremek
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.