Wiadomości

Matki czy "wózkowe"?

Felieton Mikołejki stał się także przyczynkiem do dyskusji w radiu TOK FM, do której Cezary Łasiczka, prócz autora kontrowersyjnego tekstu zaprosił dr Elżbietę Korolczuk, socjolog z Porozumienia Kobiet 8 Marca. - Wózkowe traktują dzieci jako pretekst, zasłonę dymną, narzędzie do różnych roszczeniowych praktyk. Chociażby do anarchistycznej wolności, panoszenia się czy naruszania prawa. Zaplatają ozorami, wczepione w siebie, a z tymi dziećmi dzieją się często naprawdę niebezpieczne rzeczy - opisywał. - Sensowna młoda matka jest z dzieckiem jakoś związana. Organizuje czas sobie i dziecku, idzie się z nim bawić w miejsca właściwe. Idzie z nim na spacer, poświęca mu dużo czasu – mówił w TOK FM Mikołejko.

4 min czytania
Matki czy "wózkowe"?
Matki czy "wózkowe"?

Po felietonie prof. Zbigniewa Mikołejki „Moja wojna z wózkowymi” rozpętała się prawdziwa burza. Trzeba przyznać, publicysta „Wysokich Obcasów Extra” nie przebierał w słowach. Któż to są te „wózkowe”? „Wojowniczy, dziki segment polskiego macierzyństwa. Macierzyństwa w natarciu, zawsze stadnego i rozwielmożnionego nad miarę. Pieszczącego w sobie poczucie wybraństwa i bezczelnie nie godzącego się na żadne ograniczenia” – definiuje prof. Mikołejko. Jak się zachowują wózkowe? Filozof religii wskazuje na „durne puszenie się świeżym macierzyństwem, które uczyniło z nich – przynajmniej we własnym mniemaniu – królowe balu”. Dzieci – zdaniem profesora – są im potrzebne jedynie do tego, aby coś znaczyć: „być Kimś. Domagać się urojonych praw i zawieszania społecznych reguł”.

/

Felieton Mikołejki stał się także przyczynkiem do dyskusji w radiu TOK FM, do której Cezary Łasiczka, prócz autora kontrowersyjnego tekstu zaprosił dr Elżbietę Korolczuk, socjolog z Porozumienia Kobiet 8 Marca. - Wózkowe traktują dzieci jako pretekst, zasłonę dymną, narzędzie do różnych roszczeniowych praktyk. Chociażby do anarchistycznej wolności, panoszenia się czy naruszania prawa. Zaplatają ozorami, wczepione w siebie, a z tymi dziećmi dzieją się często naprawdę niebezpieczne rzeczy - opisywał. - Sensowna młoda matka jest z dzieckiem jakoś związana. Organizuje czas sobie i dziecku, idzie się z nim bawić w miejsca właściwe. Idzie z nim na spacer, poświęca mu dużo czasu – mówił w TOK FM Mikołejko.

 

Zdaniem profesora, „wózkowe” to mało inteligentne kobiety, które prócz rodzenia dzieci nie robią nic, nie rozwijają się, a ich rozmowy to zwykle stek bzdur o niczym, „emocjonalne wykrzykniki na różne tematy”, z „użyciem strasznego słownictwa”. Cennym spostrzeżeniem podzieliła się dr Korolczuk: „Z jednej strony jest presja na kobiety: "musicie rodzić dzieci". Jest panika demograficzna, mówienie, że kobiety, które nie rodzą dzieci, są egoistyczne. A z drugiej strony, przekaz jest taki: jak już macie te dzieci, to trzymajcie je w domu, w zamknięciu, żeby nie przeszkadzały innym osobom w rozkoszowaniu się ciszą. A na dodatek pamiętajcie, żeby się nie zaniedbywać, dbać o rozwój intelektualny, bo nie ma nic gorszego niż być kwoką”. Ileż to razy słyszałam zgryźliwe komentarze pod adresem matek (czy rodziców) zabierających swoje pociechy na przykład na niedzielną mszę świętą. Jasne, przy pokaźnej gromadce dzieci może zrobić się gwarno i być może komuś będzie trudniej się skupić. Ale po to są msze święte dla dzieci (nie znam kościoła, w którym by takiej „oferty” nie było) i msze dla „dorosłych”, aby jedni drugim w drogę nie wchodzili. Podobnie jest w podróżowaniem komunikacją miejską. W autobusach, tramwajach czy metrze zwykle wydzielone są specjalne miejsca dla „wózkowych”, ale kobieta z wózkiem zwykle zajmuje je w akompaniamencie pofukiwań tych, którzy stali już tam wcześniej.

 

Że młode mamy (zwłaszcza te świeżo upieczone) trajkotają zwykle o pieluszkach, kupkach, zupkach i chorobach swej pociechy? Cóż, czy kogoś to dziwi? To przecież ważny, bo nowy, element ich codziennego życia, a jeśli w parku znajdują kompana, który nie tylko je zrozumie, ale także podzieli własnym doświadczeniem, to chyba całkiem normane. Prof. Mikołejce pozostawałoby zaś poradzić, by – jeśli nie chce kalać swych profesorskich uszu taką prymitywną mową – zaprzestał spacerów do parków z placami zabaw dla dzieci. Sama (jako kobieta, która jeszcze nie ma dziecka) niezbyt dobrze czuję się w takim „małpim gaju”, gdzie maluchy biegają do woli, a ich mamy wywijają językami, więc najzwyczajniej w świecie omijam je szerokim łukiem. Inna sprawa, że mamusie (ale i tatusiowie) często nie potrafią zapanować nad swoją pociechą tam, gdzie już niczym nieograniczone wrzaski są co najmniej nie na miejscu. I tak pod moim oknem, na osiedlowym placyku co wieczór rozlega się wrzask kilkuletniej dziewczynki, której rodzice nawet nie próbują uciszyć. Nie wiem, czy to efekt „bezstresowego wychowania”, niemniej funduje wieczorne podniesienie ciśnienia.

 

Wracając do samych „wózkowych”, to przyznam szczerze, że jak do tej pory nie spotkałam matki, która by się nie rozwijała, „nic nie robiła” i ulegała intelektualnej degradacji. Być może to kwestia tego, jakimi znajomymi się otaczamy, ale te mnie bliskie młode mamy zwykle wykorzystują każdą wolną chwilę, kiedy ich malec śpi, aby nadrobić zaległości prasowe czy książkowe. I potem o tym dyskutują! Ale być może jest coś na rzeczy, skoro w ostatnim numerze „Uważam Rze” Dariusz Zalewski zwrócił w swoim felietonie uwagę na podobny problem. „Mało kto może tak obrzydzić małego człowieka innym ludziom jak jego własna matka. Gadaniem oczywiście” - przekonywał publicysta, opisując swoje przeżycia na placu zabaw. W tekście „Jak mamy robią z placu zabaw piekło” narzekał na rodzicielki, które mówią „wyłącznie o swoim dziecku”. I to bez przerwy.

 

A wy, drodzy Czytelnicy Frondy, co o tym myślicie?

 

Marta Brzezińska

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej