Wojciech Maziarski kontynuuje swój bój o nowoczesność, wieszcząc, że wszystkie spory, w których ludzie wierzący mają inne opinie, niż niewierzący są w istocie sporem o nowoczesność. A jego tekst ma jedną zasadniczą zaletę: pokazuje zupełnie wprost, jak Maziarski rozumie nowoczesność.

Jej istotą nie jest ani postęp technologiczny, ani państwo prawa czy nawet demokracja (o to można by się przynajmniej na poważnie spierać). Istotą nowoczesności jest odrzucenie symboli i autorytetów (bo stare, a nowe zawsze jest lepsze, podobnie mówiono za Hitlera, ale co tam), świętowania dnia świętego (bo lepiej handlować niż odpoczywać, szczególnie tym, co kupują, bo już tym, co sprzedają na kasie, to może niekoniecznie), wierności małżeńskiej (sypianie z legalnym małżonkiem to przecież przejaw zacofania). Prawdziwie nowoczesny człowiek jest też za zabijaniem nienarodzonych, i sam zabił przynajmniej jedno dziecko, bo bez tego, nie da rady być nowoczesnym.
Nienowoczesna jest natomiast cześć oddawana sztandarowi (ciekawe, co na to nienowocześni Amerykanie, którzy akurat sztandar czczą, jak mało kto); post (chyba, że oznacza on odchudzanie, wtedy staje się nowoczesny) i szacunek dla władzy (wyjątkiem jest, jak rozumiem ekipa Donalda Tuska). To wszystko rzeczy, których prawdziwie nowoczesny człowiek wyrzeka się w momencie inicjacji w nowoczesność.
Nie wiem, jak Maziarski, dla w taką nowoczesność nie wchodzę. Nie widzę bowiem nic pozytywnego ani w zdradzie małżeńskiej, ani w apologii używania odbytu do celów nie do niego przeznaczonych, ani tym bardziej w zmuszaniu ludzi do pracy w niedzielę... I choć wiem, że dowodzi to głębokiej nienowoczesności, to jest mi z tym dobrze.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.