To jest moje miasto. Modlący się z kapłanem katolickim, prawosławnym, duchownym ewangelickim i rabinem ludzie, legioniści niosący wielki wieniec z eLką, a potem układający się na trawie w znak Polski Walczącej i rodziny z dziećmi, które przyszły na cmentarz powstańczy na Woli, by pokazać, że pamiętają. Taką Warszawę kocham!

Już sama modlitwa była niesamowitym przeżyciem. Obecność duchownych różnych wyznań i religii przypominała, że Warszawa przed wojną była innym miastem, że żyli tu obok siebie nie tylko Polacy i Żydzi (miejsce, z którego pochodzę było przed wojną całkowicie żydowskie), ale też niemało luteran (których biskup oddał życie za wierność Polsce, choć nosił niemieckie nazwisko), reformowanych i prawosławnych. Oni nadawali naszemu miastu koloryt, ale też ginęli wraz z nim w czasie powstania warszawskiego. I dlatego tak istotne było, żeby modlić się za nich razem do tego samego Boga, który przyjął polską ofiarę.
A potem też było niesamowicie. Nie z powodu przemówień, choć mocno zabrzmiał głos powstańca, który przypominał, że w czasie powstania walczyli o Polskę ramię w ramię ludzie o różnych poglądach, o odmiennych wizjach Polski i prosił, byśmy teraz podobnie, mimo odmiennych poglądów, razem pracowali dla Polski. Ale największe wrażenie robiły rodziny z dziećmi, starsze panie z wnukami, harcerze i kibice Legii, którzy w białych koszulkach wyróżniali się wśród modlących się, czy śpiewających powstańcze piosenki. Na koniec to właśnie oni przynieśli wielki wieniec w barwach klubowych, i ułożyli się na zielonej trawie w znak Polski Walczącej. Wszystko to razem pokazało, że Warszawa żyje, że pamięta, że jest, i że nie pozostawia bez modlitwy tych, którzy oddali życie za naszą wolność.
Tomasz P. Terlikowski








Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.