Rodzina

Śmiałyśmy się ze stopy dziecka leżącej w zlewie - pisze była aborcjonistka

„Dla nas wszystko było tylko biznesem. Zło, krzyki rodziców i mężczyzn na kobiety, kierowcy, którzy przywozili kobiety na aborcję i wychodzili „zajarać”, żarty z kobiet, które przychodziły na zabieg z dziećmi etc. Później żarciki zaczynały się przeobrażać w makabrę” - pisze kobieta. “Pamiętam sprzątaczkę, która odeszła z pracy w klinice jak znalazła kawałek stopy dziecka w zlewie pokoju, gdzie czyszczono narzędzia po aborcji. My sobie z tego żartowaliśmy. Był to nasz najfajniejszy żart przez wiele dni" - dodaje Green.

2 min czytania
Śmiałyśmy się ze stopy dziecka leżącej w zlewie - pisze była aborcjonistka
Śmiałyśmy się ze stopy dziecka leżącej w zlewie - pisze była aborcjonistka

Na portalu LSN pojawił się wstrząsający tekst byłej pracownicy kliniki aborcyjnej, Jewels Green, która sama również zabiła swoje dziecko nienarodzone. Teraz ujawnia ona makabryczne opisy tego co działo się w klinice.  To naprawdę nie jest opis dla wrażliwych osób.

/

„Dla nas wszystko było tylko biznesem. Zło, krzyki rodziców i mężczyzn na kobiety, kierowcy, którzy przywozili kobiety na aborcję i wychodzili „zajarać”, żarty z kobiet, które przychodziły na zabieg z dziećmi etc.  Później żarciki zaczynały się przeobrażać w makabrę” - pisze kobieta.  “Pamiętam sprzątaczkę, która odeszła z pracy w klinice jak znalazła kawałek stopy dziecka w zlewie pokoju, gdzie czyszczono narzędzia po aborcji. My sobie z tego żartowaliśmy. Był to nasz najfajniejszy żart przez wiele dni" - dodaje Green.


„Gdy pewnego razu wysiadł prąd na kilka godzin, zabroniono nam nie otwierać zamrażarki, gdzie w torebkach trzymano części ciała abortowanych dzieci. Ktoś jednak przez przypadek otworzył te drzwi. Nigdy nie zapomnę smrodu rozkładających się ludzkich zwłok. Jednak na ten widok roześmialiśmy się, że „im” i tak jest lepiej bo nie czują tego smrodu” - dodaje.


Green przyznaje jednak, że gdzieś w środku zawsze uważała, że aborcja może być złem. Opisuje ona, że nie mogła w pewnym momencie pojąć jak można traktować 10 tygodniowy „płód” jako „narzędzie do nauczania” i medyczną anomalię, która przetrwała w jednym kawałku aborcję. „Okaz” pokazywano w formalinie. „Nazwaliśmy go Charlie chyba. Nie pamiętam. Miał imię, ale je chyba wyparłam z pamięci. Stał tam. A ja pracowałam obok niego. Czasami na niego zerkałam. Fascynowała mnie ta dziwna “rzecz” z punktu widzenia nauki. Inne aborcje kończyły się rozczłonkowywaniem dzieci. Ten jednak był w idealnym stanie. Był tylko martwy. Pływał w słoiku. W lodówce. Wiecznie cichy świadek marszu śmierci. Teraz modlę się, by go pochowano” - wyznaje kobieta.  


Ł.A/LSN

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej