Kilka dni temu "Głos Wielkopolski" poinformował o przypadku ks. Marka G. z Poznania, który nie dość, że od długiego czasu utrzymywał stosunki seksualne z kobietą, to jeszcze nie wezwał karetki do rodzącej. W efekcie, jego urodzone na plebanii dziecko zmarło. Na nowo rozgorzała dyskusja, jak radzić sobie z podobnymi przypadkimi. Ks. Wojciech Lemański zaproponował na przykład, by przy Episkopacie Polski stworzyć komórkę, która zajmowałaby się sprawdzaniem doniesień osób, które mogły paść ofiarą księdza. Takie przypadki można by zgłaszać za pomocą specjalnie utworzonej infolinii. Portal Fronda.pl zapytał ks. Tadeusza Isakowicz-Zaleskiego, czy taki centralny telefon zaufania to dobry pomysł i czy polski Kościół dostatecznie radzi sobie z podobnymi problemami.

Uważam, że taka możliwość zasadniczo powinna być, ale na takiej zasadzie, że każdy z ordynariuszy – mam tu na myśli biskupów, którzy kierują diecezjami, jak i prowincjałów zakonnych, powinien sam reagować na tego typu zjawiska. Tworzenie jakiegoś centrum dla całej Polski nie jest dobrym pomysłem. Każda z 45 diecezji w Polsce powinna sama rozwiązywać tego typu sprawy. Biskup, który jest pasterzem danej diecezji powinien o to dbać. Oczywiście, gdyby ktoś zgłaszał do niego problemy, a on nie chciałby się nimi zająć, to trzeba stworzyć możliwość odwołania się do przewodniczącego Episkopatu lub nuncjusza papieskiego.
Biskupi powinni orientować się w sprawach podlegających im księży, bo przecież ich relacje powinny być ojcowskie. I trzeba pamiętać, że pomoc w problemach nie oznacza ich tuszowania. Nie można także pozostawić samej sobie poszkodowanej osoby, ofiary nadużycia danego księdza. Trzeba raczej dążyć do tego, by wszystkie diecezje troszczyły się o należyte rozwiązywanie takich problemów.
Po opublikowaniu książki „Chodzi mi tylko o prawdę” otrzymałem dużo listów, zarówno od duchownych, jak i świeckich, którzy czują się poszkodowani. Widać z nich, że takie problemy nie są dobrze rozwiązywane w danych diecezjach. Choć pamiętam przypadek księdza, który niewłaściwie zachowywał się w stosunku do pewnej zamężnej kobiety. Biskup tamtej diecezji pojechał do niej, żeby porozmawiać, próbował wyjaśnić sprawę.
Z listów, które otrzymałem maluje się niejednoznaczny obraz – jedni biskupi są nastawieni na rozwiązywanie sprawy, inni udają, że nie widzą problemów. Najlepszą jednak metodą działania jest oddolne zajmowanie się takimi przypadkami. Jak ktoś dyżurujący w centrali przy takim telefonie zaufania mógłby sprawdzić, czy takie doniesienie jest prawdziwe? Albo, że nie jest wyolbrzymione? Ludzie czasem kierują się jakimiś starymi urazami, mają w pamięci różne konflikty, ktoś chce się zemścić, więc zadzwoni, opowie historię, ale co dalej?
Myślę, że diecezjalny biskup i prowincjał zakonny ma możliwość sprawdzenia wiarygodności sprawy i jej rozwiązania. Nie wierzę, żeby jakaś centralna komórka, dajmy na to w Warszawie, była w stanie to zrobić. Ponadto, są jeszcze sądy kościelne, które także mogą rozwiązywać pewne konflikty. A jeśli dana diecezja to uniemożliwia, jest jeszcze opcja odwołania się. Przewodniczący Episkopatu czy Rada Stała powinna przyjmować takie sprawy, które nie zostały rozwiązane na dole, czyli w strukturach diecezjalnych. Tworzenie takiego centralnego punktu nie ma w moim odczuciu sensu.
Z moich rozmów często wynika, że problem jest nie tyle w relacji ksiądz – świeccy, co ksiądz – biskup. Jeżeli dany biskup, który kieruje diecezją, rzeczywiście wykazuje troskę o księży, próbuje poznać ich problemy, jest ojcem, który wymaga, a jednocześnie traktuje księży po bratersku, to świetnie orientuje się w ich problemach. Wtedy taki biskup, który wie, co dolega księżom w jego diecezji, ma dobrą wolę, by zaradzić ich problemom. Konflikty pojawiają się szczególnie tam, kiedy ta relacja ksiądz – biskup jest urzędnicza, sucha. Potem wybucha afera i mówi się, że to kolejny atak na Kościół, a przecież można było rozwiązać problem u podstaw...
Rozmawiała Marta Brzezińska
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.