Wiadomości

Udar mózgu Łukaszenki, czyli gdzie Białoruś szuka nadziei

«Udar mózgu», jaki według dziennikarzy TASS miał przejść ostatnio Łukaszenka, po raz kolejny pokazuje, że dla większości Białorusinów wszelkie nadzieje na zmiany w kraju związane są wyłącznie z fizycznym odejściem urzędującego prezydenta, wskazuje Witalij Cygankow na portalu Radia Svaboda, cytowany przez Kresy24.pl.

3 min czytania
kremlin.ru
kremlin.ru

«Udar mózgu», jaki według dziennikarzy TASS miał przejść ostatnio Łukaszenka, po raz kolejny pokazuje, że dla większości Białorusinów wszelkie nadzieje na zmiany w kraju związane są wyłącznie z fizycznym odejściem urzędującego prezydenta, wskazuje Witalij Cygankow na portalu Radia Svaboda, cytowany przez Kresy24.pl.

Po pierwsze: O ile jeszcze w latach 90., w domowym zaciszu szeptano o tajemniczym „snajperze”, to teraz wielu przeciwników Łukaszenki może liczyć jedynie na jego słabe zdrowie. Zwróćcie uwagę,  jak szybko ucichły dywagacje na temat tego, czy Łukaszenka zdecyduje się na reformygospodarcze i polityczne, szczególnie aktywnie poruszane po wyborach prezydenckich w 2015 roku. Koniec. Już dawno wszyscy o nich zapomnieli. Nawet rozmowy o „następcy” Łukaszenki ucichły – wszyscy zrozumieli, że dokąd obecna głowa państwa żyje i jest względnie zdrowa, o następcy (nawet noszącym to samo nazwisko) nie można nawet myśleć.

Po drugie, historia „udaru” wyraźnie uwidoczniła problemy prawne i organizacyjne związane ze zmianą władzy. Na Białorusi, to szef rządu przejmuje pełnomocnictwa prezydenta w przypadku wakatu lub niemożności wypełnienia przez niego swoich obowiązków.

Cygankow przypomina, co stało się po tym,  jak w przeszłości media zbyt intensywnie spekulowały o możliwej sukcesji tronu przez kolejnych premierów (na przykład, Siergiej Sidorski). Otóż Łukaszenka nie przypadkiem mianował na szefa rządu Andreja Kobiakowa, politykaurodzonego w Moskwie. Zgodnie z konstytucją Białorusi nie może on być nominowany jako kandydat na prezydenta, bo  nie jest „obywatelem z urodzenia”. Krócej mówiąc, Kobiakow  jest premierem, który nie ma osobistego interesu w tym, by fotel prezydenta został zwolniony.

Po trzecie, nikt chyba nie ma wątpliwości, że nasilają się ataki informacyjne na Łukaszenkę i jego świtę ze wschodu. O ile nie można mówić o wojnie informacyjnej na dużą skalę, można ją już nazwać operacjami partyzanckimi – wszak nie są one prowadzone przez część zwykłej armii informacyjnej, ale przez „jednostki dywersyjne”.  Wynika z tego, że wyboryprezydenckie i parlamentarne zaplanowane na lata 2019-2020 nie będą jak zwykle formalnością dla Łukaszenki. I temat zdrowia przywódcy Białorusi będzie jednym z najwygodniejszych ataków na niego z różnych stron.

Po czwarte.  Nawet przeciwnicy Łukaszenki na tyle przywykli do jego istnienia, że ​​zadają czasem pytanie (być może to logiczne, ale moim zdaniem raczej absurdalne): „Co się stanie bez niego? A co, jeśli będzie gorzej? Co, jeśli Rosja nas zajmie? Tak jakby przy Łukaszence nie groził Białorusi „zachwat”? Albo inaczej, – czy pod Łukaszenką Rosja na Białorusi nie przejęła jeszcze wszystkiego co się dało?

Obiektywna rzeczywistość i cała polityka ostatnich 20 lat pokazują, że obecnego prezydenta Białorusi należy traktować jak „zagrożenie dla suwerenności” niż „gwaranta suwerenności”.

A gwoli ścisłości. Nikt nie zaprzecza temu, że może się pogorszyć. Bez Łukaszenki może być inaczej: zarówno gorzej jak i lepiej. Ale z Łukaszenką nie zmieni się nic. Tylko dalsza stagnacja.

Według politologa Walerija Karbalewicza, informacja o „udarze” Łukaszenki, jaka pojawiła się na portalu należącym do właściciela rosyjskiej agencji TASS, może świadczyć o próbie presji na białoruskiego przywódcę, wywieranej prawdopodobnie przy udziale rosyjskich służb specjalnych. Politolog zwraca uwagę, że atak zbiega się z pojawieniem się informacji o zaproszeniu Łukaszenki przez Władimira Putina na rozmowy w Soczi.

mod/Kresy24.pl, svaboda.org

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej