Wiadomości
Dotychczas w kompetencjach Parlamentu Europejskiego nie leżało ocenianie wypowiedzi eurodeputowanych, które miały miejsce poza salą plenarną lub poza posiedzeniami komisji PE. „Sprawa Czarneckiego” jest swoistym precedensem. O tyle szczególnym, że otwiera drogę do sytuacji, w której parlament z siedzibami w Brukseli, Strasburgu i Luksemburgu (europosłowie pracują w tych dwóch pierwszych) staje się w praktyce arbitrem, sędzią, ale też i prokuratorem (coś wiem o tym!) w … sporach, które mają miejsce na terenie krajów członkowskich. To swoista łapczywość kompetencyjna. Wpisuje się ona jednak w pewne zinstrumentalizowanie roli europarlamentu w kierunku politycznej maczugi wobec tych polityków, którzy nie tylko mają poglądy inne niż europejski mainstream (mainstream, póki co...), ale też nie boją się jej głosić.