Wiadomości
Pierwszy raz jestem w stanie pojąć o co chodzi z tym wstydem, prowincją i ciemnogrodem na cały świat. Zrozumiałem, bo zobaczyłem na własne oczy, prowincjusza z Sopotu, który rozbieganym wzrokiem wodził po całej Brukseli i próbował: po pierwsze zrozumieć, co się nie do niego mówi, po drugie zwrócić na siebie uwagę. Przed wyborami w USA Tusk popisał się „dowcipem” w języku, którego nie za, nie rozumie i nie potrafi się nim posługiwać. Żałosny wpis natychmiast podchwyciła Wyborcza, małomiasteczkowa gazeta dla posiadaczy licencjatów z marketingu, która nieustannie usiłuje z prostaczka malującego kominy uczynić męża stanu. Dowcip wyglądał tak: