Wiadomości
Unia Europejska depcze reguły, które sama wcześniej ustala. To nie może dobrze skończyć się dla żadnej organizacji. Także międzynarodowej. W 2014 roku, po awanturze o wybór przewodniczącego Komisji Europejskiej, którym ‒ wbrew vetu premiera Jej Królewskiej Mości Davida Camerona i szefa rządu w Budapeszcie Viktora Orbana ‒ został premier Luksemburga Jean-Claude Juncker, podjęto jednomyślnie pewną decyzję. Miała ona być jednocześnie formą pocieszenia dla premierów znad Tamizy i Dunaju. Wprowadzono regułę, że każdy wybór personalny na unijnym szczycie, czy to przewodniczącego Komisji Europejskiej czy szefa Rady Europejskiej, będzie się odtąd odbywał na zasadzie realnego konsensusu. Słowem: jeżeli ktoś wzbudza rzeczywiste kontrowersje, nawet wśród niewielkiej części członków UE – szukamy nowego kandydata, choćby i kandydata spełniającego tylkominimum minimorum naszych oczekiwań.