Wiadomości
Każdy, kto czytał powieść George’a Orwella pt. „Rok 1984” wie, że „myślozbrodnia” to ciężkie przestępstwo, polegające na niedostatecznie entuzjastycznych, albo, co gorsza, w ogóle pozbawionych entuzjazmu myślach o Wielkim Bracie i porządkach panujących w rządzonej przez niego Oceanii. Śledzeniem, czy kto aby nie pogrąża się w tego rodzaju sprośnych błędach zajmowali się ubecy z Policji Myśli, a każdego, kto się „myślozbrodni” dopuścił zaraz brali w obroty oprawcy z Ministerstwa Miłości. Ci ostatni urządzali delikwentowi takie pranie mózgu połączone z fizycznymi udręczeniami, że po wszystkim nieszczęśnik nie zawsze wiedział jak się nazywa, albo jaki akurat jest dzień tygodnia, ale za to jedno mógł stwierdzić ze stuprocentową pewnością – Wielki Brat to samo dobro i „nie masz, jak życie w Oceanii”. To oczywiście fikcja literacka (inna sprawa, że zainspirowania realiami życia w Związku Sowieckim), a „myślozbrodnia” to wynalazek Orwella, ale każda myśl raz rzucona zawsze znajdzie swego amat