Wiadomości
Od dawna jestem przeciwnikiem zapraszania do mediów, a głównie do telewizji, ekspertów i fachowców z różnych specjalizacji i branż - ekonomicznej, finansowej, ochrony zdrowia, edukacji, dbania o przyrodę, hodowli zwierząt, fryzjerstwa damskiego i męskiego, rybołóstwa morskiego itd., itd. Jak wiemy, telewizja ma największą siłę oddziaływania na odbiorców. Rzecz polega na tym, że jeśli na antenie telewizyjnej czy radiowej ktoś bliżej interesujący się jakąś dziedziną, ale amatorsko, wypowiada swoje opinie, dziennikarz ma o wiele większe pole manewru. Może podjąć rzuconą rękawicę. Zacząć polemizować z błędnymi ocenami swoich gości, prostować je. W przypadku oczywistych bredni, nawet lekko, ale z elegancją i zgodnie z dobrym smakiem, wykpiwać. O wiele trudniej przeciwstawić się ekspertowi. Skąd jednak ich zagrożenie, o którym wspomniałem. Bo ludzie im ślepo wierzą. To raz. A dwa, że oni sami są niereformowalni. To nie mój język, żeby mówić „zakute pały”. Wolę raczej – dogmatycy. Co najwyżej