Wiadomości
Czytam hejt udający recenzje nt. "Wołynia" i dochodzę do wniosku, że nasz wielce szanowny "liberalny" (w cudzysłowie, bo od liberalizmu w istocie bardzo daleki) salon jakby nawet nie było wygolonych ćwierćintelignetów, którzy są tak mało rozgarnięci, że w wojnie ukraińsko - rosyjskiej gotowi są kibicować Władimirowi Putinowi, to by ich stworzył. Czytam i dochodzę do wniosku, że nasz szanowny "liberalny" salon nadal niczego nie rozumie i nadal nie pojął, że zamiatanie pod dywan nie jest metodą sprzątania. Oto "Wołyń" jest złym filmem. Jest złym filmem, bo w ogóle - wbrew życzeniom salonu - powstał. Jest zły, bo rzekomo niedostatecznie eksponuje polskie winy (w filmie tymczasem jest o nich mowa, ale oczekiwanie, by były one ukazane tak, jakby mogły usprawiedliwiać masowe mordy to aberracja i brak szacunku dla ofiar). Jest zły, bo powstał z złym momencie i nic to, że nasz salon miał ćwierćwiecze, by inny film o Wołyniu nakręcić (tylko, że nie nakręcił). Jest zły, bo jest filmem pisowskim