Wiadomości
O Katarzynie Bratkowskiej znów jest głośno. Może nie tak jak dwa lata temu, kiedy publicznie zapowiedziała, że w Wigilię dokona aborcji, ale zawsze. Wiadomo. Temat aborcji wywołuje wrzenie, trudno przejść obok niego obojętnie, skoro ma on jeden cel – pozbawienie życia dziecka. Katarzyna Bratkowska dziś wyjaśnia, że jej „ciąża”, którą żyła cała Polska (włącznie z tym, że jeden z księży zadeklarował nawet chęć adopcji dziecka p. Bratkowskiej, byle tylko odstąpiła od swego niecnego zamiaru), była raczej „zmyślona, a nie urojona”. I to nie był żaden happening. Proszę jej o to nie oskarżać. To była celowa akcja: „Zupełnie nie rozumiem, dlaczego istotny jest stan biologiczny mojego ciała. Nic nikomu do tego, co się działo w mojej macicy. Ja nie dzieliłam się swoimi doświadczeniami z życia prywatnego. Bez względu na to, czy w mojej macicy ten embrion się znajdował, czy nie, to moja deklaracja pozostaje tym samym”. Trudno nie dyskutować o czynie prawnie zabronionym, którego zamiar popełnienia