Wiadomości
Bruksela, sobota 30 sierpnia, uroczystość intronizacyjna Donalda Tuska jako szefa Rady Europejskiej. Wielka pompa, bardzo droga i etykieta chińskiego dworu cesarskiego – im więcej chce się ukryć, tym więcej słów. Toteż słowa lały się rzeką, a sens kapał kroplami. ”Przychodzę z kraju, który głęboko wierzy w sens zjednoczenia Europy” – zadeklarował Tusk. Ale jakiej Europy - ojczyzn, federacyjnej, jednej prędkości, kilku prędkości, sprawiedliwej czy zhegemonizowanej - już nie powiedział. A potem „Zdaję sobie sprawę, że moim głównym zadaniem będzie wypracowywanie kompromisów”. Tu nie ma wątpliwości, o jaki kompromis chodzi - taki, który będzie się podobał Angeli Merkel. I dodał: ”…a siedzę obok mistrza w tej sztuce” – i tu wskazał na Hermana Van Rumpoya, który uśmiechnął się szeroko. Kiedy jednak przypomnieć sobie kompromisy poprzednika Tuska, które nie pozwoliły mu stanąć na kijowskim Majdanie, skutecznie protestować przeciw obecności „zielonych ludzików” na Krymie, a teraz inwazji Rosji