Rodzina
Massimiliano Tresoldi – zdaniem lekarzy nie ma prawa żyć. Po wypadku uznali oni, że jest warzywem, „martwym pniem, w które trafił piorun”, „centralką telefoniczną, w której spaliły się wszystkie przewody”. Personel medyczny, który zajmował się nim po wypadku nie mówił już o nim nawet jak o człowieku, a określał go numerem „sześć”, byle tylko nie dostrzec w nim człowieka, który potrzebuje nie śmierci, ale pomocy. Matka jednak nigdy nie pogodziła się z takim traktowaniem. Ona wiedziała, czuła, że syn żyje, i że musi – wraz z mężem i przyjaciółmi Massimiliano o niego walczyć. Zabrała go, wbrew groźbom ze szpitala, i przez dziesięć lat cierpliwie, przy pomocy dziesiątków wolontariuszy, rodzeństwa, przyjaciół i fachowców, rehabilitowała człowieka, który – zdaniem lekarzy – był w stanie wykluczającym jakąkolwiek komunikację, człowiekiem, którego można zagłodzić czy zabić, jak zabito – na zlecenie ojca i za zgodą włoskiego sądu – Eluanę Englaro, która znajdowała się dokładnie w takim samym st