Kościół
Był wieczór przed wigilią Bożego Narodzenia 2005 roku. W ciągu dnia zeszły ze mnie dwa worki krwi. Wiedziałem, że umieram. Tej decydującej nocy chciałem być sam. Pożegnałem się z bliskimi, mówiąc: „Chciałbym umrzeć tak spokojnie jak Jan Paweł II”. W kwietniu podziwiałem, jak pięknie umierał na oczach całego świata. Nie myślałem w tamtej chwili o tym, że kiedy żył, był dla mnie nikim, z wyjątkiem dumy z tego, że Polak jest na takim stanowisku w Watykanie. Wyszedłem do swojego pokoju. Tak naprawdę bardzo bałem się śmierci, a oto ona była o krok ode mnie... To z lęku przed nią odmówiłem: Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga i Aniele Boży. Powodowany tym samym lękiem zwróciłem się – w myślach – do Ojca św. Jana Pawła II, prosząc, bym w tej chwili, w chwili swej śmierci, był tak spokojny jak on. Sam nie wiem, jak to się stało, że zaraz po wyrażeniu tej prośby zacząłem mówić – ciągle w myślach – do niego, jak gdyby był tuż obok mnie… Nie wiem, jak długo mówiłem. Ile trzeba czasu, by bez