Wiadomości
Jak już feministki się zbiorą, to wiadomo w zasadzie, czego można się spodziewać. Od lat wałkowanie tych samych tematów i krok po kroku urabianie opinii społecznej. Aborcja, refundacja antykoncepcji, parytety i wreszcie „małżeństwa jednopłciowe” – to pewniaki, jeśli chodzi o feministyczną dyskusję. To nic, że często to klasyczne bicie piany i sianie fermentu. W końcu skoro politycy nie chcą się tymi kwestiami zajmować, niech bierze je w swojej ręce feministyczne lobby. Temat odżyje na jakiś czas, by znów potem udać się na leżakowanie. Tak jest choćby z kwestią tzw. małżeństw jednopłciowych. Zawsze można ten temat wyciągnąć, zwolennicy posprzeczają się z przeciwnikami, a przy okazji pewnie uda się przykryć jakąś aferkę. Schemat działania opracowany do perfekcji. W końcu przecież ileż można mówić o imigrantach, jeszcze się okaże, ilu naprawdę musimy przyjąć. Albo przebije się do opinii publicznej, że uchodźcy to nie tylko doświadczone wojną kobiety i dzieci, ale także terroryści próbując