Kościół
Od osiemnastu lat jestem żoną. Znakiem tego jest obrączka na moim palcu. Dla mojego męża znak miłości i wierności, dla wszystkich innych informacja o tym, że jestem mężatką. Nie chowam tej ręki do kieszeni, nie zostawiam obrączki w domu. Towarzyszy mi zawsze i wszędzie. Ściąganie obrączki, udawanie że jej nie ma, to oznaki, że zaczyna dziać się coś niedobrego (i nie mówię o sytuacji, kiedy z powodu choroby puchną nam ręce i obrączki po prostu na palec wsunąć się nie da). Od zdradzanych żon nie raz słyszałam opowieści o tym, jak to nagle obrączka zaczynała lądować na dnie szuflady, z czasem okazywało się dlaczego. Zazwyczaj z powodu innej kobiety. Albo wraz z pogłębiającym się kryzysem w związku, obrączka nagle zaczynała ciążyć, parzyć w palec, przeszkadzać, przypominać o istocie małżeństwa. Była wyrzutem sumienia i wezwaniem do tego, by małżeństwo ratować, a nie psuć. Obrączka to część mnie. Nawet już nie czuję, że ją mam na palcu, troszkę się zdeformowała, nie jest już idealnie okrągł